Roczny termin na SKD pod lupą TSUE. Dwa nowe pytania prejudycjalne, które mogą przewrócić zasady gry

Roczny termin na SKD pod lupą TSUE. Dwa nowe pytania prejudycjalne, które mogą przewrócić zasady gry

Sankcja kredytu darmowego od kilku lat jest jednym z najskuteczniejszych narzędzi ochrony konsumenta przed nieuczciwymi praktykami banków i firm pożyczkowych. Ma jednak jedną słabość, o której instytucje finansowe doskonale wiedzą i którą chętnie wykorzystują: konsument, który chce z niej skorzystać, musi zdążyć w ciągu zaledwie 12 miesięcy od wykonania umowy. Do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej trafiły właśnie dwa pytania prejudycjalne, które mogą tę zasadę istotnie zmienić — a przy okazji odpowiedzieć na pytanie, czy sąd w ogóle powinien czekać, aż konsument zorientuje się, że został oszukany.

Krótko o co chodzi w SKD

Jeśli bank lub firma pożyczkowa naruszy któryś z obowiązków informacyjnych narzuconych przez ustawę o kredycie konsumenckim (np. błędnie wyliczy RRSO, naliczy odsetki od kosztów, które sama skredytowała, albo pominie w umowie obowiązkowe informacje), konsument może powołać się na art. 45 tej ustawy. Skutek jest prosty do wyobrażenia: kredyt czy pożyczka staje się „darmowa” — oddajemy tylko pożyczony kapitał, bez odsetek i pozostałych kosztów. To realna, dotkliwa dla instytucji finansowej konsekwencja, dlatego banki traktują ryzyko SKD bardzo poważnie, szczególnie po kwietniowym wyroku TSUE z 2026 roku, który dodatkowo umocnił pozycję kredytobiorców.

Problem w tym, że ustawodawca dał konsumentowi na złożenie oświadczenia o skorzystaniu z sankcji zaledwie 12 miesięcy, licząc od dnia wykonania umowy — czyli w praktyce od spłaty ostatniej raty. To odpowiednik biletu, który trzeba skasować w ciągu roku od zakupu, mimo że kupujący często nie ma pojęcia, że w ogóle go posiada. Większość osób dowiaduje się o wadach swojej umowy dopiero wtedy, gdy zaczyna sprawdzać ją z prawnikiem — a to zwykle dzieje się długo po spłacie ostatniej raty.

Sprawa C-821/26: trzy pytania, które drążą sedno problemu

W sierpniu 2026 roku do Trybunału trafiła sprawa zarejestrowana pod sygnaturą C-821/26, zainicjowana przez Sąd Rejonowy w Białymstoku. Tło sprawy jest dość nietypowe: pożyczkobiorca przestał spłacać zobowiązanie, firma pożyczkowa złożyła pozew, ale nie udało się doręczyć mu odpisu pozwu, więc sąd ustanowił kuratora do reprezentowania nieobecnej strony. Kurator, broniąc interesów pozwanego, podniósł zarzut sankcji kredytu darmowego — mimo że roczny termin z art. 45 ust. 5 u.k.k. już dawno minął, a samo zgłoszenie nastąpiło nie w formie oświadczenia skierowanego do pożyczkodawcy, lecz w piśmie procesowym adresowanym do sądu.

Sąd białostocki, zamiast rozstrzygnąć sprawę samodzielnie, zadał TSUE trzy pytania:

  1. Czy skorzystanie z SKD w ogóle wymaga złożenia oświadczenia bezpośrednio kredytodawcy, czy wystarczy powołać się na sankcję w toku procesu?
  2. Czy taki zarzut może skutecznie podnieść kurator, reprezentujący nieobecną stronę, a nie sam konsument osobiście?
  3. Czy roczny termin w ogóle powinien obowiązywać wtedy, gdy konsument nie występuje z pozwem, tylko broni się nim przed roszczeniem banku — czyli gdy to instytucja finansowa pozywa go o zapłatę odsetek i kosztów, a on w odpowiedzi powołuje się na wady umowy.

To trzecie pytanie jest kluczowe, bo sąd odsyłający nie pyta wyłącznie o techniczne aspekty liczenia terminu. Pyta wprost, czy jakikolwiek termin, po którym sankcja przestaje działać, da się pogodzić z art. 23 unijnej dyrektywy 2008/48/WE. Ten przepis wymaga, by sankcje za naruszenie obowiązków informacyjnych były „skuteczne, proporcjonalne i odstraszające”. Trudno o odstraszający efekt kary, która wygasa, zanim jej adresat zdąży się zorientować, że w ogóle mu ona przysługuje — to trochę jak alarm przeciwpożarowy, który sam się wyłącza, zanim ktokolwiek zdąży poczuć dym.

Sprawa C-889/26: czy sąd powinien przyznać SKD, nawet gdy nikt o to nie prosi

Drugie pytanie, wysłane do Luksemburga przez ten sam białostocki sąd, idzie jeszcze dalej. W tle jest sytuacja, w której konsument w ogóle nie wie, że jego umowa jest wadliwa — nie podnosi więc zarzutu SKD, bo nie ma o co go oprzeć w swojej świadomości. Bank pozywa go o zapłatę, a sąd, analizując dokumenty, sam dostrzega naruszenie obowiązków informacyjnych. Pytanie zarejestrowane jako C-889/26 brzmi: czy w takiej sytuacji sąd powinien zastosować sankcję kredytu darmowego z urzędu, mimo że nikt się na nią nie powołał?

To nie jest pytanie zadane w oderwaniu od dotychczasowego dorobku Trybunału. Już w wyroku C-377/14 (Radlinger) TSUE wskazał, że sąd krajowy ma obowiązek samodzielnie zbadać, czy kredytodawca dopełnił obowiązków informacyjnych wynikających z dyrektywy 2008/48/WE, i wyciągnąć z ewentualnych naruszeń konsekwencje przewidziane w prawie krajowym. Podobny, prokonsumencki kierunek zarysował się też w tegorocznej opinii Rzecznika Generalnego w polskiej sprawie C-831/24. Gdyby TSUE potwierdził tę linię wprost w kontekście SKD, sąd stałby się czymś w rodzaju kontrolera jakości umowy — nie czekającym biernie, aż konsument sam zgłosi reklamację, tylko sprawdzającym produkt z urzędu, zanim zapadnie wyrok.

Co to realnie zmienia dla kredytobiorcy

Wyobraźmy sobie kredytobiorcę, który przez pół roku nie płaci rat pożyczki gotówkowej. Bank, zamiast negocjować, kieruje sprawę do sądu i żąda zapłaty pełnej kwoty razem z odsetkami. Dziś, jeśli minął rok od zawarcia lub zakończenia umowy, a konsument nigdy wcześniej nie złożył oświadczenia o SKD, jego pozycja obronna jest ograniczona — nawet jeśli umowa zawiera poważne wady. Jeżeli TSUE odpowie na pytania z Białegostoku w duchu prokonsumenckim, ten sam kredytobiorca mógłby powołać się na sankcję kredytu darmowego dopiero na etapie sprzeciwu od nakazu zapłaty — a w skrajnym scenariuszu sąd mógłby zastosować ją nawet bez takiego wniosku.

Dla banków oznaczałoby to zupełną zmianę rachunku ryzyka. Dziś skierowanie sprawy do sądu jest relatywnie bezpieczne, bo termin na SKD zwykle już minął. Gdyby jednak sam fakt złożenia pozwu otwierał konsumentowi furtkę do podniesienia zarzutu SKD niezależnie od terminu, banki musiałyby dwa razy zastanowić się, zanim wypowiedzą umowę i ruszą do sądu z niesolidnym klientem — audyt własnej umowy pod kątem wad informacyjnych stałby się standardowym krokiem poprzedzającym każdy pozew. W praktyce mogłoby się opłacać częściej negocjować spłatę zaległości niż ryzykować proces, w którym to bank staje się dłużnikiem.

Co to oznacza dziś — i dlaczego nie warto czekać na Luksemburg

Musimy jednak zachować trzeźwość ocen. Wyroku w tych sprawach można się spodziewać nie wcześniej niż za kilkanaście miesięcy, a wcześniej TSUE może jeszcze poprosić o opinię Rzecznika Generalnego. Do tego czasu art. 45 ust. 5 ustawy o kredycie konsumenckim obowiązuje w niezmienionej formie, a polskie sądy w większości go stosują. Doświadczenie pokazuje też, że banki, gdy tylko dostrzegą ryzykowne pytanie prejudycjalne w swojej sprawie, potrafią błyskawicznie uznać powództwo albo je wycofać, byle tylko Trybunał nie zdążył wydać wyroku — tak stało się choćby w sprawie C-566/24 przeciwko Santander Bank Polska, gdzie sędzia prowadzący sprawę złożył wniosek o wznowienie postępowania po jego umorzeniu przez TSUE.

Innymi słowy: liczenie na to, że roczny termin sam zniknie, zanim ktokolwiek zdąży z niego skorzystać, to strategia obarczona sporym ryzykiem. Kto podejrzewa, że jego umowa kredytowa lub pożyczkowa mogła zostać zawarta z naruszeniem obowiązków informacyjnych, powinien liczyć czas według reguł obowiązujących dziś, a nie odkładać decyzję w oczekiwaniu na rozstrzygnięcie unijne.

A co ze spłaconymi kredytami sprzed lat?

Osobny, praktyczny wątek dotyczy umów, które zostały już w całości spłacone dawno temu i wobec których roczny termin z art. 45 ust. 5 bezsprzecznie upłynął. Nie każde roszczenie związane z taką umową jest jednak automatycznie stracone. Jeśli bank naliczał odsetki od skredytowanych kosztów kredytu — czyli pobierał wynagrodzenie od prowizji czy ubezpieczenia doliczonego do kwoty kredytu — mamy do czynienia z odrębnym roszczeniem o zwrot świadczenia nienależnego, dla którego zastosowanie znajduje sześcioletni termin przedawnienia z Kodeksu cywilnego, a nie roczny termin zarezerwowany dla samej sankcji kredytu darmowego. Taką praktykę bankową za niedozwoloną uznał TSUE w wyroku C-744/24 z 23 kwietnia 2026 roku. Osoby, które spłaciły kredyt czy pożyczkę kilka lat temu, wcale nie stoją więc na z góry przegranej pozycji — warto jednak, by ich umowa, harmonogram spłat i potwierdzenie całkowitego rozliczenia zostały poddane indywidualnej analizie prawnej, bo ocena zależy od konkretnych zapisów konkretnej umowy.

Podsumowanie

Pytania skierowane przez Sąd Rejonowy w Białymstoku w sprawach C-821/26 i C-889/26 dotykają fundamentu, na którym banki opierają dziś swoją strategię obrony przed roszczeniami z tytułu sankcji kredytu darmowego — rocznego terminu, który w praktyce chroni instytucję finansową dokładnie wtedy, gdy najbardziej naruszyła prawa konsumenta. Jeśli Trybunał uzna ten termin za niezgodny z wymogiem skuteczności, proporcjonalności i odstraszającego charakteru sankcji z dyrektywy 2008/48/WE, otworzy to drogę do dochodzenia praw przez osoby, które do tej pory uznawały swoją sprawę za przedawnioną — także te, których umowy zostały zamknięte wiele lat temu.

Do tego czasu warto działać na podstawie prawa, które obowiązuje dziś, a nie czekać na rozstrzygnięcie, które może zapaść dopiero za kilkanaście miesięcy. Jeśli masz wątpliwości, czy Twoja umowa kredytowa lub pożyczkowa mogła zostać zawarta z naruszeniem obowiązków informacyjnych — niezależnie od tego, czy nadal ją spłacasz, czy zrobiłeś to już dawno temu — warto skontaktować się z kancelarią i poddać umowę bezpłatnej wstępnej analizie. Im szybciej dokumenty trafią pod lupę prawnika, tym więcej opcji pozostaje otwartych.

Powyższy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej w indywidualnej sprawie. Ocena szans na skorzystanie z sankcji kredytu darmowego zawsze wymaga analizy konkretnej umowy.